Daniel Odija

10.12.2008, godz. 19:00

O gościu

Po powieściowym debiucie („Ulica”, 2001) uznany za jednego z najbardziej obiecujących prozaików nowego pokolenia - kolejną książką udowodnił, że pokładane w nim nadzieje nie były płonne. Nominowany do Nagrody Nike (ścisły finał w 2004 roku) „Tartak” to wielowątkowa powieść (opowieść? przypowieść?) o upadku społeczności: w tym przypadku niewielkiej, zamkniętej i wiejskiej, choć w tym mikroświecie nietrudno odnaleźć obrazy znane z naszego wielkiego, małego świata - choćby w postaci polityka-populisty Andrzeja Pasieki.

Daniel Odija jest pisarzem wiernym sobie: nie poszukuje gorączkowo tematów, które aktualnie dominują w medialnym dyskursie i których podjęcie zapewnia niejako automatycznie przychylność recenzentów. Kiedy Odija pisze o biedzie, wykluczeniu czy kosztach transformacji - czytelnik ani przez chwilę nie wątpi w to, że tekst rodzi się z autentycznej wrażliwości i rzadkiego daru rozumienia człowieka, a nie - z pobudek ideologicznych, które literaturę zmieniają w ciągi dydaktycznych scenek.

Najnowsza, wydana w listopadzie, powieść Daniela Odiji nosi tytuł „Niech to nie będzie sen”. Książka opowiada historię Adama Nowaka, czterdziestoletniego pisarza, przeżywającego kryzys twórczy, porzuconego przez żonę i lekceważonego przez synów; dla którego wybawieniem okazuje się dopiero ucieczka na wieś. O tej i innych książkach rozmawiać będziemy z autorem w środę, 10.12. Początek spotkania o godzinie 19:00.

Galeria

Książki

w merlin.pl | w empiku

Czytelnia

„Niech to nie będzie sen”
(fragment powieści)

W końcu musiało to nastąpić. Ewa powiedziała pas! Już nigdy więcej nie pojedzie na wioskę. Co rajcowało Adama, ją męczyło. Co męczyło Adama, dla niej było rajem. On stronił od ludzi, ona do ludzi lgnęła. Uwielbiała zakupy w tłocznych galeriach handlowych, podczas gdy on pocił się z nerwów w zwykłym spożywczym, bo stały przed nim dwie osoby. Załatwić sprawę w urzędzie — dla Adama koszmar, dla Ewy wyzwanie. Skończyło się na tym, że zaczęli oddzielnie spędzać urlopy. Ewa jeździła z dwiema przyjaciółkami na plaże Majorki, byle tylko było słońce (tu też było), ale przede wszystkim jeździła dla szpanu — Adam nie próbował nawet się domyślać, co tak naprawdę tam wyprawiały, trzy laski spuszczone z łańcucha. Później Ewa zaklinała się, że była mu wierna, choć odkąd poznała Barana, trochę żałowała, że wcześniej nie zdradzała Adama, bo teraz musiała być wierna Baranowi — tak ją wychowano, tak czuje.

Ta jej pokrętna logika, myślał Adam. Ale jak mogli tyle wytrwać w złudzeniu, że wciąż powinni być ze sobą. Co ją tyle czasu przy mnie trzymało? — Przecież ja ciebie kochałam. Ale pewnego dnia umarło to we mnie — powiedziała mu. — Tak jak strzela przepalona żarówka, przestałam do ciebie czuć coś więcej niż pogardę. Wtedy obudziło się poczucie winy. Szybko mnie z niego wyleczyłeś swoją obojętnością.

— Swoją obojętnością? Ja bym to raczej nazwał delikatnością albo subtelnością, ale obojętnością?!

— W takim razie byłeś zbyt delikatny albo subtelny, wybierz, co ci bardziej pasuje. Kobietą czasami trzeba potrząsnąć, by nie usnęła. Prawie zanudziłeś mnie na śmierć — kończyła zawsze zwycięska. A on stał przed nią i nawet nie potrafił wrzasnąć.

Ewa gdzieś na antypodach, a Adam na wsi u rodziców, czasami z Adrianem i Kamilem, jeśli chłopaki nie pojechali akurat na kolonie. Niestety, nawet jeśli byli razem, Adam nie potrafił się z nimi dogadać, nie mówiąc już o tym, by czymś im zaimponował. Byli tak podobni do matki, że przerażało go to. A może coś zaniedbał? Spieprzył całą sprawę? Gdy chłopaki mieli po siedem, osiem lat, był jeszcze czas na przytulanie ich, zabawę w zapasy, bieganie po lasach z łukami, grę w szklane kulki, spływy kajakowe — w tym wszystkim zastępował go ojciec, ukochany dziadek. Wymyślał zabawy, na które Adam nie miał czasu. Jak choćby wtedy, gdy ojciec skonstruował system szlauchów. Gumowe węże miały po kilkadziesiąt metrów i kończyły się trzema ogrodowym pistoletami. Ojciec lał się z Adrianem i Kamilem wodą. Rozpylona woda barwiła powietrze tęczami, a chłopaki wołali: „Dziadek! Dziadek!”, i strzelali w niego roziskrzonymi strumieniami. Zroszona trawa robiła się miękka i śliska. Cała trójka tarzała się po niej, celując w siebie wodnymi pociskami. Ojciec z lekką nadwagą i mięśniami zesztywniałymi przez czas stawał się tak samo młody jak jego ośmioletnie wnuki. Dotrzymywał im kroku, prychali tak samo często i tak samo głośno się śmiali. Wspólna radość przekraczała granice wieku i ciała. Adam rzadko widział tak szczęśliwego ojca, a mama, przyglądając się zabawie z werandy, powtarzała półgłosem jak zaklęcie: „Niech to nie będzie sen”.


Recenzje

Odija patrzy i widzi, widzi i opisuje. Z tych realistycznych scenek, mikrosytuacji, fragmentarycznych rekonstrukcji ludzkich losów składa się całość jak koszmar sennny. Detal jest realistyczny, czasem wręcz werystycznie wierny, całość oniryczna, jak w prozie iberoamerykańskiej. Ale też jest to wyprawa w świat, równie jak tamten egzotyczny, choć przecież i realny, i bliski, na wyciagnięcie ręki. Tyle, że niechciany, nieopisany, obcy, odrzucony; on się w nijakich pomysłach nie mieścił i - dla spokoju sumienia najlepiej byłoby tę część społecznej mapy - jak w starym opowiadaniu Lema - po prostu zakleić. Tym większa zasługa pisarza, że ją dostrzegł.

Literacko bywa to świetne, ale mnie bardziej interesuje nie literacka świetność a myślowa odwaga. I, z tego punktu widzenia, uważam tę małą niepozorna książeczkę za jeden z ważniejszych dokumentów literackiego przełomu. Jest bowiem tak, że znaleźliśmy się w świecie, którego reguły trzeba dopiero rozpoznać. Bez wstępnych hipostaz. I ze świadomością, iż dotychczasowe opisy mogą nam być pomocne jedynie w ograniczonym stopniu. I że, tak naprawdę, skoro nie wiemy, to powinniśmy przede wszystkim - widzieć. Odija widzi.

Andrzej K.Waśkiewicz, "Autograf"

Jego bohaterowie to ludzie skrzywdzeni, ale zarazem najczęściej bezwolni i bezmyślni; okrutni lecz chwilami jakoś na swój sposób przyzwoici. Odija portretuje ich bez złudzeń, chłodnym okiem, ale jednocześnie jego narracja przepełniona jest swoistą czułością wobec opisywanej rzeczywistości. Najważniejsze zaś, że polska podrzeczywistość przełomu XX i XXI wieku nie jest tu egzotycznym folklorem, lecz światem, który swym mieszkańcom jawi się jako normalny...

Piotr Bratkowski, Gazeta Wyborcza

Odija/Emiter: „Morze”

Część Wtóra

„Morze” to projekt literacko-muzyczny, tworzony wspólnie przez Daniela Odiję i Marcina Dymitra, znanego także jako Emiter.

Teksty wykorzystywane w czasie koncertów pochodzą z książki Daniela - dla Marcina rytm jego prozy stał się punktem wyjścia w tworzeniu muzyki. Efekt wspólnych działań wynika więc ze skrzyżowania dwóch języków: literackiego i muzycznego; w „Morzu” mieści się jednak coś jeszcze. Coś, co sami twórcy nazywają mentalnym braterstwem: obaj pochodzą ze Słupska, miasta niezbyt dużego, posiadającego jednak własną, specyficzną atmosferę i skomplikowaną historię.

Proponujemy słowa i dźwięki, które pomagają nam w kontemplowaniu miejsca naszych narodzin, ujarzmianiu okrutnej siły czasu, poszerzaniu przestrzeni do oddechu... Po prostu, dajemy muzykę i słowa, które pomagają nam zrozumieć rytm naszej krwi i jej pochodzenie. [Daniel Odija, Marcin Dymiter]