Karierę medialną rozpoczął w wieku lat dziewięciu, jako "cudowne dziecko" na okładce tygodnika "Polityka". Jako trzynastolatek prowadził już telewizyjny program "Drops". Studiował we Włoszech (lingwistykę na Universita' degli Studi di Milano), równocześnie pracując jako korespondent "Polityki" i radia RMF. Później był m.in. bramkarzem w kinie "Iluzjon", tłumaczem więziennym, pilotem wycieczek w Częstochowie, copywriterem a agencji reklamowej i psycholingwistą, odczytującym w programie telewizyjnym cechy charakteru gości na podstawie sposobu wymawiania przez nich określonych głosek.
Kiedy miał 23 lata uzależnił się od heroiny.
Tomasz Piątek, bo o nim mowa, debiutował w roku 2002 powieścią "Heroina", ciepło przyjętą przez krytykę (m.in. z uwagi na eksperyment, polegający na wprowadzeniu zaburzonej, podporządkowanej treści fabuły, struktury narracji), później wydał "Kilka nocy poza domem" (Wydawnictwo Czarne 2002), "Bagno" (Wydawnictwo Czarne 2004), "Przypadek Justyny" (Wydawnictwo Czarne 2004), "Nionio" (Wydawnictwo Literackie 2005), "Dobrego Pana" (Państwowy Instytut Wydawniczy 2005), i "Błogosławiony wiek" (Państwowy Instytut Wydawniczy 2006), a także trylogię fantasy "Ukochani poddani Cesarza" (Runa, 2003-2004). Ostatnią jak dotąd książką pisarza jest "Pałac Ostrogskich" (W.A.B. 2008) - psychothriller, w którym ponownie bohaterem jest narkoman (tym razem - zdrowiejący).
Na spotkanie z Tomaszem Piątkiem zapraszamy w czwartek, 25.09, o godzinie 19:00.
No więc siedziałem sobie na ławeczce i wtedy Łukasz zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że zginął czy też zniknął słynny obraz Sandra Botticellego Narodziny Wenus. Niewiele rzeczy mogłoby mnie równie mocno kopnąć, to znaczy, wzbudzić we mnie równie silne uczucia. Kocham ten obraz. Uważam go za idealne połączenie wielkiej sztuki z ostrym chamskim komiksem - a więc za naprawdę wielką sztukę. Jak więc można łatwo się domyślić, poczułem, że coś mi zabrano, chociaż nigdy nie widziałem Narodzin Wenus w oryginale, a reprodukcji było wszędzie pod dostatkiem. Ale zaraz przestałem czuć, że coś straciłem, czułem tylko masę uczuć związanych z delikatną blondynką, bo ciągle siedziałem na ławeczce. Stratny natomiast, a może nawet okradany musiał się poczuć szary pan, bo właśnie pędził w moją stronę, wymachując parasolem, a za nim biegło dwóch bysiów, dlatego uciekłem, chociaż nie czułem strachu, tylko masę uczuć związanych z delikatną blondynką. Co prawda, jak tylko wstałem z ławki, natychmiast się ulotniły. A gdy już byłem za krzakiem, czułem tylko strach. A jak byłem jeszcze dalej i czułem się bezpieczny, to znowu pomyślałem o Narodzinach Wenus.
Z tymi Narodzinami Wenus (mogę wam o tym spokojnie opowiedzieć, no bo mnie nie dopadli) chodzi o to, że najbardziej zachwyciło mnie w tym obrazie światło, niezwykle jasne, żółte czy złote, ale nie drażniące, jakaś taka totalna, ale nieinwazyjna jasność, jaka prawdopodobnie panuje w raju, i wąskie, podłużne oczy kobiety, jakby stworzone właśnie do widzenia tego światła, bo w pełni otwarte, a równocześnie jakby przymrużone. Jednym słowem, najjaśniejszy sen, jaki można sobie wyobrazić, sen czy wizja. Oglądając ten obraz, czuje się, że rzeczywistość duchowa wcale nie jest eteryczno-blado-niekonkretna, jak by ją pewnie chcieli widzieć jacyś matematycy albo niektórzy katoliccy teologowie, tylko wręcz przeciwnie, rzeczywistość duchowa jest widzialna, dotykalna, pachnąca, smaczna i ciastkowa - o tym ostatnim świadczył okrągławy brzuszek Wenus, która najwyraźniej jadała ciastka. Rzeczywistość zmysłowa, fizyczna jest tylko bladą kopią obrazów Botticellego. No bo jak coś jest duchowe, to jest pod każdym względem mocniejsze od tego, co fizyczne, tak sądzę, mocniejsze także pod względem dotykalności.
Po powrocie do domu oczywiście postanowiłem zobaczyć Narodziny Wenus, ale plik obrazkowy, tak zwany jotpeg, nie chciał mi się załadować, czasem pojawiał się tylko bladawy i szarawy zarys czegoś, co trochę wyglądało jak kontur Wenus wyłaniającej się z muszli, a trochę jak sfatygowana mapa Warszawy, więc odstawiłem laptopa i wziąłem Wielką Encyklopedię Powszechną, gdzie na planszy kolorowej zatytułowanej Sztuka włoska spodziewałem się znaleźć reprodukcję obrazu. Ale traf - i to jaki traf, pięćdziesięcioletni - chciał, że na planszy z włoskim malarstwem jako przykład niezwykłej sztuki Sandra Botticellego wybrano inny zupełnie obraz, też ładny, ale to jednak nie było to samo. Jakiś debil, być może szukając oryginalności lub pragnąc udostępnić czytelnikom nieco szersze spektrum próbek zjawiska zwanego włoskim renesansem, Rinascimento, Quattrocento czy jak tam chcecie, uznał, że nie da do encyklopedii właśnie tego najbardziej znanego, wielbionego i okrzyczanego obrazu, da coś innego. Od razu przypomniały mi się zarzuty, jakie pięćdziesiąt lat temu partia komunistyczna wysunęła przeciwko twórcom tej encyklopedii. Zarzucano im, że są specyficzną, sięgającą aż do Polski macką światowego, szeroko rozgałęzionego spisku, który raz nazywano kosmopolitycznym, raz syjonistycznym, ale ogólnie wiedziano, że chodzi o spisek żydowski. I teraz przez chwilę byłem już w takim amoku, że pomyślałem, iż może coś jest na rzeczy. Żydom nie wolno czcić obrazów, tak uważają ortodoksyjni Żydzi - bo co na ten temat myśli Synagoga Reformowana, nie wiem, nie mówiąc już o Synagodze Konserwatywnej i Rekonstrukcjonistycznej - tak więc ortodoksyjni Żydzi uważają, że obraz nie może oddać rzeczywistości duchowej w żaden sposób, może ją tylko zniekształcić, znieprawić, zohydzić, pokalać i zdegenerować. Dobrze. I teraz nagle okazuje się, że jest jeden jedyny obraz, który jednak coś tam pokazuje, może niedoskonale, ale jednak udziela nam odrobineczki tego światła, które panuje w świecie duchowym - i ciach, co za spisek, najpierw usuwają obraz z Encyklopedii, a potem w ogóle z tego świata.
Pałac Ostrogskich
Błogosławiony wiek można postawić śmiało obok najbardziej oryginalnych książek najnowszej polskiej fantastyki, autorów takich jak Jacek Dukaj czy Marek Huberath.
Paweł Dunin-Wąsowicz, Polityka
Autor bawi się konwencjami, mamy nawet całkiem udany trop w stylu powieści Umberta Eco, traktowany jednak z przymrużeniem oka. Do tego rozważania o popkulturze, historii Polski, telewizji, reklamie i oczywiście o literaturze. W tym Bagnie jest głębsze dno.
Zdzisław Pietrasik, Polityka
Jeśli tę krótką powieść traktować jako dokumentalny zapis uzależnienia, to jest to zapis wysokiej próby: dynamiczny, błyskotliwy, atrakcyjny fabularnie. Autorowi udaje się podołać wyzwaniu, jakim jest opis odmiennych stanów świadomości adresowany do czytelnika, znajdującego się prawdopodobnie w stanie świadomości, z grubsza biorąc, normalnym.
Jacek Podsiadło, Rzeczpospolita
W ramach Części Wtórej - nietypowy wieczór poetycki: prezentacja wstrząsających liryków Tomasza Piątka, w których autor mierzy się z odwiecznymi problemami ludzkości: przemijaniem, kruchością egzystencji i kłopotami z trawieniem.
Gdyński Festiwal Literacki „Słowo w Uchu” to inicjatywa kulturalna wpisująca się płynnie w kontekst tworzony przez Nagrodę Literacką Gdynia i Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną.
Gośćmi comiesięcznych spotkań będą autorzy młodego i średniego pokolenia - ci, którzy już teraz znani są z okładek wysokonakładowej prasy i ci, których twórczość dopiero trafia do szerokiej publiczności. Nieodmiennie jednak - autorzy ciekawi, ważni i wyraźni.
więcej
Piotr Czerski - ur. 1981. Poeta, prozaik, współzałożyciel zespołu Towary Zastępcze. Z wykształcenia informatyk, studiował również filozofię. Wieloletni współpracownik czasopisma Ha!art.
Tadeusz Dąbrowski - ur. 1979. Poeta, eseista, krytyk literacki, fotografik. Redaktor dwumiesięcznika literackiego Topos, doktorant filologii polskiej. Autor czterech książek poetyckich, redaktor antologii poezji współczesnej. Tłumaczony na siedem języków.Jeżeli jesteś zainteresowany Gdyńskim Festiwalem Literackim i chciałbyś otrzymywać informacje o kolejnych edycjach - zostaw nam swój adres e-mail:
W każdej chwili będziesz mógł zrezygnować z subskrypcji.
Kontakt z nami możliwy jest pod adresem info@slowowuchu.pl